Wiecie co… siedzimy nad notatkami przed kolokwium i zawsze wraca to samo pytanie — uczyć się z kumplami czy raczej samemu w pokoju? No i okazuje się, że to nie jest takie oczywiste, bo dane mówią całkiem konkretną rzecz. Małe grupy, które uczą się razem, podnoszą wyniki studentów kierunków ścisłych o ponad pół odchylenia standardowego. To nie jest moje widzimisię — wynika to z metaanalizy 39 badań opublikowanej w 1999 roku w „Review of Educational Research” przez zespół Leonarda Springera, Mary Elizabeth Stanne i Samuela Donovana z University of Wisconsin-Madison.
I teraz tak, ten efekt autorzy oszacowali na poziomie 0,51, a w praktyce znaczy to mniej więcej tyle, że przeciętny student, który nie uczy się zespołowo, przesuwa się z 50. na jakieś 70. percentyl wyników. Niezła zmiana, jak na to, że po prostu siadamy z kimś do nauki. Sami badacze ujęli to tak: „Students who learn in small groups generally demonstrate greater academic achievement, express more favorable attitudes toward learning, and persist through courses or programs to a greater extent than their more traditionally taught counterparts”.
Ale… i tu jest ważne „ale”, ten sam zespół od razu postawił granicę. Bo efekt dotyczył przede wszystkim przedmiotów STEM — czyli matematyki, inżynierii, nauk przyrodniczych — i to tylko takich ustrukturyzowanych form współpracy. A nie luźnego „uczymy się razem” w bibliotece na dzień przed sesją, gdzie w sumie każdy robi swoje i co chwilę ktoś scrolluje telefon.
No i akurat to rozróżnienie — czy współpraca jest zaprojektowana, czy przypadkowa — okazuje się kluczowe, kiedy zadajemy sobie pytanie, jak zdać kolokwium najmniejszym kosztem czasu. David Johnson i Roger Johnson z University of Minnesota, autorzy teorii cooperative learning, od lat 70. powtarzają jedno: samo posadzenie studentów obok siebie nie daje absolutnie nic. Współpraca zaczyna działać dopiero wtedy, gdy jest „pozytywna współzależność” — czyli taka sytuacja, w której nikt nie zdaje, dopóki materiału nie ogarnie cała grupa.
W przeglądzie badań nad tą metodą Johnsonowie zapisali, że „cooperation results in higher achievement and greater productivity than do competitive or individualistic efforts”. Tyle że, uwaga, zastrzegli warunek — musi być indywidualna odpowiedzialność każdego uczestnika. Bez tego od razu wskakuje efekt pasażera na gapę, a wszyscy go znamy: jedna osoba robi notatki, a reszta tylko kiwa głową i udaje, że rozumie.
I tu w sumie zaczyna się przewaga nauki indywidualnej, której w grupie raczej nie da się podrobić. Henry Roediger i Jeffrey Karpicke z Washington University in St. Louis pokazali w eksperymencie z 2006 roku, opublikowanym w „Psychological Science”, taką rzecz: studenci, którzy po przeczytaniu tekstu próbowali odtworzyć go z pamięci, po tygodniu pamiętali jakieś 61 procent materiału. A ci, którzy tekst tylko czytali w kółko? Zaledwie 40 procent. Czujecie tę różnicę.
Autorzy podsumowali to tak: „Taking a memory test not only assesses what one knows, but also enhances later retention” — i nazwali to efektem testowania. Czyli krótko mówiąc: aktywne wyciąganie wiedzy z głowy, a nie bierne gapienie się w notatki, to mechanizm, który najmocniej buduje trwałą pamięć. I tak się składa, że to czynność z natury samotna — siedzimy sami i odpytujemy sami siebie.
Dane międzynarodowe też pokazują, że umiejętność samodzielnej, regularnej pracy ma swoją wymierną wartość. OECD w analizach przy badaniu PISA wielokrotnie zwracała uwagę, że uczniowie, którzy deklarują systematyczne, rozłożone w czasie powtórki, osiągają wyższe wyniki niż ci, co stawiają na intensywne wkuwanie w ostatniej chwili — i to niezależnie od tego, czy uczą się sami, czy w grupie.
To rozłożenie nauki w czasie, znane jako spaced repetition, opiera się na odkryciu Hermanna Ebbinghausa jeszcze z 1885 roku. Ten niemiecki psycholog jako pierwszy opisał krzywą zapominania i pokazał, że większość świeżo przyswojonej wiedzy ulatnia się z głowy w ciągu pierwszych dni… jeśli nie powtórzymy jej w odpowiednich odstępach.
Praktyczną wersję tego mechanizmu zaprojektował polski badacz Piotr Woźniak, który w 1985 roku, na potrzeby własnej nauki, opracował algorytm SM-2 — ten sam, który do dziś napędza fiszki w Anki, w płatnym Quizlecie i w polskiej aplikacji Snapo. Cała różnica leży w nakładzie pracy. Bo Anki i Quizlet każą nam wpisywać każdą fiszkę ręcznie, co przy materiale na kolokwium oznacza godziny przepisywania, a Snapo robi zestaw fiszek ze zdjęcia notatek w jakieś pół minuty, dzięki OCR.
I teraz najważniejsze — te dwa fronty się nie wykluczają. Wspólne tłumaczenie sobie pojęć i samotne odpytywanie z pamięci spokojnie idą w parze. Badacze cooperative learning od dawna opisują taki model, w którym grupa służy do wyjaśniania trudnych zagadnień i wyłapywania luk, a samo utrwalanie robimy już indywidualnie, każdy u siebie.
Slavin z Johns Hopkins University, jeden z czołowych badaczy uczenia zespołowego, zwracał uwagę, że najskuteczniejsze programy współpracy łączą nagrodę dla grupy z rozliczaniem każdego ucznia osobno. Innymi słowy: grupa wygrywa tylko wtedy, gdy każdy jej członek zda test samodzielnie. A to z kolei zmusza wszystkich do realnej pracy między spotkaniami — nie ma zmiłuj.
W tym podziale ról narzędzia cyfrowe są raczej takim pomostem między sesją grupową a samotnym powtarzaniem. Quizlet sprowadza się głównie do fiszek i gotowych zestawów, w dodatku przeważnie po angielsku, a Photomath obsługuje wyłącznie matematykę. Snapo z jednego skanu polskich notatek generuje 13 form materiału — fiszki, quiz, mapę myśli, krzyżówkę, a nawet podcast trwający do jakichś 56 minut, którego klasyczne aplikacje fiszkowe w ogóle nie mają. No i dzięki temu materiał ze wspólnego spotkania możemy sobie odsłuchać w autobusie, zamiast czytać po raz piąty te same kartki.
Jest jednak granica, której żadna metoda nie przeskoczy — i nie ukrywają tego nawet sami zwolennicy współpracy. Przy naprawdę trudnym dowodzie matematycznym albo jakimś złożonym mechanizmie biochemicznym ani grupa, ani fiszki nie zastąpią zrozumienia. A zrozumienie, no cóż… wymaga samotnego mierzenia się z problemem, tak długo, aż w końcu zaskoczy.
Dane Springera, Stanne i Donovana pokazują przy tym jeszcze jedno: największe korzyści ze wspólnej nauki odnoszą studenci słabsi i ci z grup tradycyjnie niedoreprezentowanych na kierunkach ścisłych — to właśnie u nich efekt 0,51 był najsilniejszy. A dla studenta, który materiał już rozumie? Kolejne spotkanie grupowe daje mu w sumie mniej niż godzina samodzielnego odpytywania z pamięci, w odstępach wyznaczonych przez algorytm SM-2.