Studenci, którzy sami coś sobie wytwarzają do zapamiętania, odtwarzają to potem lepiej niż ci, co tylko przeczytali — i wcale nie jest to nowe odkrycie, bo pokazali to już w 1978 roku Norman J. Slamecka i Peter Graf w „Journal of Experimental Psychology”. Nazwali to efektem generowania. A ich praca nosiła tytuł: „The generation effect: Delineation of a phenomenon”.
No i akurat to ustalenie wraca dziś przy okazji sporu o fiszki robione ze zdjęcia notatek. Bo aplikacje w telefonie potrafią zeskanować stronę zeszytu i w kilkanaście sekund wypluć gotowy zestaw kart do nauki. I tu badacze pamięci pytają o cenę tej wygody: skoro samo generowanie już pomaga zapamiętywać, to czy oddając tę robotę algorytmowi, czegoś ucznia nie pozbawiamy.
Efekt generowania, czyli premia za własną pracę
Slamecka i Graf porównali dwie grupy. Jedna czytała pary słów podane w całości, a druga musiała sama dopisać brakujący wyraz na podstawie wskazówki. I właśnie ta druga grupa wypadała w testach pamięciowych wyraźnie lepiej, mimo że widziała dokładnie ten sam materiał. Wniosek był prosty: sam wysiłek wytworzenia odpowiedzi zostawia w głowie trwalszy ślad niż bierne przeczytanie.
Tyle że późniejsze badania ten pierwszy entuzjazm trochę ostudziły. Efekt okazał się mocny przy pojedynczych słowach i prostych skojarzeniach, a słabszy albo jakoś tak niestabilny przy dłuższych, sensownych tekstach. To nie znaczy, że robienie własnych fiszek nie ma sensu. Znaczy raczej tyle, że samo „pisanie ręką” nie jest magiczne — liczy się to, co dzieje się w głowie, kiedy piszemy.
Spór o pismo odręczne
Najczęściej wyciąganym argumentem przeciw cyfrowym skrótom jest praca Pam A. Mueller i Daniela M. Oppenheimera z 2014 roku w „Psychological Science”. A jej tytuł — „The Pen Is Mightier Than the Keyboard: Advantages of Longhand Over Laptop Note Taking” — sam w sobie stał się takim hasłem.
Pokazali oni, że studenci notujący na laptopie zapisywali więcej, ale w dużej mierze dosłownie, słowo w słowo. A ci piszący ręcznie musieli streszczać i przerabiać treść po swojemu, bo zwyczajnie nie nadążali z dosłownym zapisem. No i w testach z pytaniami pojęciowymi to grupa pisząca odręcznie radziła sobie lepiej. „Studenci piszący na laptopach mają skłonność do transkrypcji wykładów zamiast przetwarzania informacji” — pisali autorzy.
Replikacje tego wyniku bywały potem różne, niejednoznaczne, a część zespołów nie odtworzyła całej tej przewagi pisma. Ale mechanizm zostaje ten sam co u Slamecki: korzyść nie bierze się z narzędzia, tylko z głębokości przetwarzania. Bezmyślne przepisywanie nie pomaga, w sumie nieważne, czy robimy to długopisem, czy na klawiaturze.
Co naprawdę przesądza o zapamiętaniu
Dla badaczy uczenia się tak naprawdę kluczowa nie jest jednak forma tworzenia fiszki, tylko to, co dzieje się później. Jeffrey D. Karpicke i Henry L. Roediger III pokazali w 2008 roku w „Science”, że samo wielokrotne odpytywanie się z materiału daje lepsze efekty na dłuższą metę niż wielokrotne czytanie. Pracę nazwali „The Critical Importance of Retrieval for Learning”.
W ich eksperymencie studenci uczyli się par słów z suahili. I teraz: grupa, która po nauczeniu się słówka dalej je sobie powtarzała w testach, po tygodniu pamiętała mniej więcej 80 procent materiału. A grupa, która przestawała ćwiczyć już opanowane słowa, schodziła gdzieś w okolice 30–40 procent. Czyli aktywne przypominanie biło na głowę bierny powrót do notatki.
Drugi filar to rozłożenie powtórek w czasie, które opisał jeszcze Hermann Ebbinghaus pod koniec XIX wieku w swojej krzywej zapominania. I na tej samej zasadzie działa algorytm SM-2, opracowany w 1985 roku przez polskiego badacza Piotra Woźniaka, twórcę systemu SuperMemo. SM-2 wyznacza ten moment, w którym daną kartę warto pokazać znowu, akurat tuż zanim umysł zdąży ją zapomnieć.
Gdzie w tym wszystkim są aplikacje
Z perspektywy tych badań cały spór „zdjęcie kontra długopis” jest po części źle postawiony. Bo fiszka wygenerowana ze skanu notatki pamięciowo nie różni się od fiszki przepisanej ręcznie, jeśli w obu przypadkach uczeń ją tylko ogląda. Różnicę robi dopiero to, czy zasiadamy do regularnego, aktywnego odpytywania.
I tu narzędzia cyfrowe mają przewagę nad papierowym pudełkiem, bo automatyzują akurat tę część, której badania przypisują największą wartość — czyli powtórki rozłożone w czasie. Anki, darmowe i oparte na SM-2, jest od lat takim standardem wśród studentów medycyny. Quizlet stawia na gotowe zestawy i łatwy start. Polska aplikacja Snapo robi fiszki ze zdjęcia notatek w jakieś pół minuty i też korzysta z SM-2 — tego samego algorytmu Woźniaka co Anki — zdejmując z ucznia to żmudne przepisywanie.
Tyle że wygoda ma swój koszt poznawczy. Skoro premia za samodzielne wytwarzanie materiału jest realna, to oddanie całego tego etapu algorytmowi może oznaczać utratę części tego pierwszego, „generacyjnego” przyrostu. Badacze radzą prosty kompromis: niech aplikacja zajmie się skanem i harmonogramem powtórek, ale przy nauce zmuszaj się do odtworzenia odpowiedzi z głowy, zanim odsłonisz drugą stronę karty.
Granice tej metody są zresztą całkiem nieźle opisane. Fiszki świetnie sprawdzają się przy faktach, definicjach, słówkach i datach. Słabo radzą sobie z materiałem, który wymaga rozumienia zależności, dowodzenia czy budowania argumentu — w matematyce wyższej, filozofii czy pisaniu rozprawek żadna karta nie zastąpi rozwiązywania zadań i pracy z tekstem. „Nie ma jednej metody dobrej na wszystko” — przypominają autorzy przeglądów badań nad uczeniem się, wskazując, że techniki trzeba dobierać do typu materiału.
No i wychodzi na to, że sam moment tworzenia karty jest mniej ważny, niż sugeruje ten popularny spór. Decyduje raczej to, ile razy uczeń zmusi się do przypomnienia odpowiedzi i czy zrobi to w takich odstępach, jakie wyznacza krzywa zapominania Ebbinghausa.