Hermann Ebbinghaus, rok 1885 — facet siedzi i wkuwa setki bezsensownych sylab, a potem sprawdza, ile mu z tego zostaje po godzinie, po dniu, po tygodniu. Brzmi jak udręka, no i pewnie była. Ale to właśnie z tego wyszły wnioski, które do dziś tłumaczą, jak się uczyć do matury i nie marnować przy tym czasu. Opisał to w pracy „Über das Gedächtnis” i w sumie ustalił jedną rzecz: największą część świeżo zapamiętanego materiału tracimy w pierwszych godzinach, a dopiero potem zapominanie zwalnia.
Ebbinghaus zapisał też coś, co matematykę egzaminu robi naprawdę bezlitosną dla nas, zakuwaczy. „With any considerable number of repetitions a suitable distribution of them over a space of time is decidedly more advantageous than the massing of them at a single time” — pisał, czyli mówiąc po ludzku: rozłożenie powtórek w czasie bije kucie wszystkiego naraz.
Co krzywa zapominania mówi o nocy przed egzaminem
No i tak to mniej więcej wygląda: po dobie od jednorazowego przeczytania materiału zostaje nam w głowie raptem jakaś jedna trzecia treści. Taki właśnie kształt ma krzywa Ebbinghausa, odtworzona w późniejszych replikacjach jego eksperymentów. Reszta wyparowuje, i to najszybciej w pierwszych godzinach po nauce.
Jaap Murre i Joeri Dros z Uniwersytetu w Amsterdamie powtórzyli badanie Ebbinghausa w 2015 roku i wyniki opublikowali w „PLOS ONE”. I co? Potwierdzili oryginalny przebieg krzywej: na starcie gwałtowny spadek, a potem coraz łagodniejsze osuwanie się wiedzy.
Dla maturzysty znaczy to jedną prostą rzecz. Materiał przeczytany w nocy przed egzaminem rano działa jeszcze całkiem nieźle, bo krzywa po prostu nie zdążyła opaść. Ale ten sam materiał przeczytany raz tydzień wcześniej i odłożony — w dniu egzaminu jest już w dużej części stracony.
A tymczasem matura nie sprawdza nam jednego rozdziału. CKE rozpisuje egzamin na kilka przedmiotów zdawanych przez kilka dni na początku maja, a podstawa programowa z biologii czy historii to setki pojęć, dat i zależności. Nocnym kuciem nie ma jak tego objąć, po prostu się nie da.
Dlaczego ponowne czytanie daje złudzenie wiedzy
Henry Roediger i Jeffrey Karpicke z Washington University in St. Louis sprawdzili w 2008 roku, co tak naprawdę utrwala wiedzę: ponowne czytanie czy odpytywanie się. Wynik opisali w „Science”, w pracy „The Critical Importance of Retrieval for Learning”.
I tak: studenci, którzy po przeczytaniu tekstu robili sobie test z pamięci, po tygodniu odtwarzali jakieś 80 procent materiału. A ci, co zamiast testu czytali tekst jeszcze raz — odtwarzali około 36 procent. Czyli różnica jest ponad dwukrotna.
„Taking a memory test not only assesses what one knows, but also enhances later retention, a phenomenon known as the testing effect” — zapisali badacze. Czyli samo wyciąganie wiedzy z głowy uczy nas mocniej niż ponowne jej tam wkładanie.
Haczyk jest taki, że ponowne czytanie jest po prostu przyjemne i daje nam takie poczucie płynności. Tekst wygląda znajomo, więc mózg melduje „spoko, to umiem”. Odpytywanie się jest niewygodne, bo obnaża dziury — i właśnie dlatego działa. Robert Bjork z UCLA nazwał ten mechanizm „desirable difficulties”, czyli pożądanymi trudnościami, które naukę co prawda spowalniają, ale poprawiają to, co zostaje na dłużej.
Jak się uczyć do matury w trzech krokach opartych na badaniach
Najpierw odpytywanie zamiast czytania. Każdy przeczytany fragment musimy domknąć próbą odtworzenia z pamięci — zakrywamy notatkę i mówimy na głos, co się zapamiętało, albo odpowiadamy na pytanie z fiszki. To w sumie nic innego jak efekt testowania Karpicke i Roedigera, tyle że przełożony na nasze biurko.
Potem rozłożenie powtórek w czasie. Zamiast siedzieć trzy godziny nad jednym tematem w jeden wieczór, lepiej dać temu tematowi pół godziny dziś, kwadrans za trzy dni i jeszcze kwadrans za tydzień. Każda taka powtórka wpada akurat tuż przed momentem, w którym krzywa Ebbinghausa miałaby opaść — i podbija ją z powrotem do góry, a dalszy spadek robi się coraz łagodniejszy.
Na koniec praca nad błędami, a nie nad tym, co już się umie. Pojęcia, które odtwarzamy bezbłędnie, możemy odsuwać na coraz dłużej. A te, na których pamięć się potyka, wracają do nas częściej. I to jest dokładnie ten sam pomysł — krótszy odstęp dla trudnych kart, dłuższy dla łatwych — który leży u podstaw cyfrowych systemów powtórek.
Spaced repetition i polski algorytm.
Sebastian Leitner opisał w latach 70. taki fizyczny pierwowzór: pudełko z przegródkami na fiszki. Kartę, którą zgadłeś, przekładasz do przegródki powtarzanej rzadziej; a karta, na której się pomyliłeś, wraca na początek i wraca szybko. To w sumie analogowa wersja tego, co dziś robi za nas oprogramowanie.
Cyfrową regułę odstępów dopracował akurat Polak. Piotr Woźniak opracował w 1985 roku algorytm SM-2 i zbudował na nim SuperMemo — program, który rozdziela powtórki tak, żeby każda wypadała blisko granicy zapomnienia. SM-2 liczy dla każdej fiszki kolejny odstęp na podstawie tego, jak pewnie zdający ją odtworzył.
Ten sam algorytm napędza dziś darmowe Anki, część funkcji Quizleta i Memrise oraz polskie aplikacje takie jak Snapo, które dodatkowo robi fiszki ze zdjęcia notatek przez OCR — czyli zamiast przepisywać definicje ręcznie, po prostu robisz zdjęcie strony z zeszytu. Wybór narzędzia jest tu raczej wtórny wobec samej zasady: każde z nich pilnuje za nas odstępów, których człowiek sam z głowy nie utrzyma przez pół roku przygotowań.
A tak mniej więcej wygląda przykładowy harmonogram powtórek jednej partii materiału, zgodny z logiką rosnących odstępów Woźniaka i Leitnera:
| Powtórka | Odstęp od poprzedniej | Łączny czas od pierwszej nauki |
|---|---|---|
| 1 (nauka) | — | dzień 0 |
| 2 | 1 dzień | dzień 1 |
| 3 | 3 dni | dzień 4 |
| 4 | 7 dni | dzień 11 |
| 5 | 16 dni | dzień 27 |
| 6 | 35 dni | ok. 2 miesiące |
Sześć krótkich kontaktów rozłożonych na dwa miesiące daje trwalszy ślad niż sześć powtórek wciśniętych w jeden weekend — i to nie jest moje widzimisię, tylko wniosek z metaanalizy Nicholasa Cepedy i współpracowników z 2006 roku, która zebrała dane z 254 eksperymentów nad efektem rozłożenia w czasie.
Ile to realnie daje na liczbach
Przyjmijmy sobie maturalny zestaw 1200 fiszek z biologii rozłożony na sześć miesięcy nauki. Przy jednorazowym przerobieniu każdej partii i braku powtórek, według krzywej Ebbinghausa po kilku tygodniach zostaje nam w pamięci rzędu 30 procent — czyli jakieś 360 pojęć gotowych na egzamin.
Ten sam zestaw, ale z odpytywaniem się i powtórkami rozłożonymi w czasie, trzyma retencję bliżej 80 procent, tak jak w eksperymencie Karpicke i Roedigera. To już około 960 pojęć. Różnica to mniej więcej 600 fiszek, których nie musimy potem ratować w panice w maju.
I co ważne, koszt czasowy gra na korzyść tego drugiego wariantu. Powtórka znanej już fiszki trwa kilka sekund, bo chodzi o samo odtworzenie, a nie o ponowne czytanie całego rozdziału. Dziesięć minut dziennie przy 1200 kartach w zupełności wystarcza, żeby utrzymać cały zestaw w obiegu, jak materiał jest już raz przerobiony.