Czterdzieści sześć badań. 4687 osób. I koniec końców remis — bo różnica między tym, jak rozumiemy tekst czytany a słuchany, wyszła statystycznie nieistotna (g = 0,07; p = 0,23). Tak to mniej więcej podsumowała Virginia Clinton-Lisell w meta-analizie z 2022 roku w „Review of Educational Research”. No i wracamy do starego pytania: czy podcast z notatek może naprawdę zastąpić ich czytanie? Pytanie akurat dziś wraca z nową siłą, bo aplikacje robią z fotki zeszytu gotowe audio w kilkanaście sekund.

To g = 0,07 to tak zwana wielkość efektu. Im bliżej zera, tym mniejsza różnica między dwoma sposobami uczenia się. Tutaj różnica jest tak mała, że w praktyce trudno ją w sumie odróżnić od przypadku.

Czterdzieści sześć badań i jeden remis

„Ogólna różnica między czytaniem a słuchaniem nie była wiarygodnie odmienna od zera” — pisze Clinton-Lisell w pracy zatytułowanej „Listening Ears or Reading Eyes”. Badaczka z University of North Dakota zebrała 46 eksperymentów, w których te same osoby albo czytały tekst, albo słuchały jego nagrania, a potem rozwiązywały dokładnie ten sam test.

I średnia z tych badań wyszła taka, że oba kanały dają raczej porównywalne efekty. To samo widać było u dzieci w szkole i u dorosłych studentów.

Co dla nas, polskich czytelników, akurat istotne — autorka wyłapała jeszcze jedną prawidłowość. Czytanie i słuchanie wypadały bardziej podobnie w językach o przejrzystej ortografii niż w tych, gdzie pisownia mocno się rozjeżdża z wymową. A polski należy do tej pierwszej grupy: litery dość wiernie odpowiadają dźwiękom, więc przeskok między tekstem a audio kosztuje nas mniej niż w angielskim.

Drugi filar tej tezy postawili trzy lata wcześniej Beth Rogowsky, Barbara Calhoun i Paula Tallal. W eksperymencie z 2016 roku, opisanym w „SAGE Open”, przydzielili 91 dorosłych do trzech grup: jedni słuchali rozdziału książki popularnonaukowej, drudzy czytali go z tabletu, a trzeci robili obie rzeczy naraz.

Test sprawdzano dwa razy — od razu po nauce i po dwóch tygodniach. „Nie znaleziono statystycznie istotnych różnic” dla żadnego z porównań, napisali autorzy. Słuchacze pamiętali tyle samo, co czytelnicy. No i co więcej, łączenie obu kanałów naraz — czyli czytanie i słuchanie tego samego tekstu jednocześnie — nie dało żadnej dodatkowej przewagi.

Czy podcast z notatek wypada tak samo jak czytanie

Ta równość wyników znika, jak tylko zmienimy jeden warunek: kto kontroluje tempo. Clinton-Lisell wyłapała w danych, że czytanie dawało przewagę wtedy, gdy uczeń mógł czytać we własnym rytmie (g = 0,13; p = 0,049). A gdy tempo narzucał eksperymentator, przewaga przechodziła na stronę słuchania.

I to różnica, która ma konkretne źródło. Oko może się cofnąć. Wzrok wraca do poprzedniego zdania, zatrzymuje się na trudnym terminie, przeskakuje akapit, który już znamy.

Ucho tego nie potrafi. Nagranie płynie dalej, niezależnie od tego, czy nadążyliśmy, czy nie. Przy podcaście musimy albo cofnąć całą ścieżkę, albo zaakceptować, że fragment nam przepadł.

Drugi czynnik to rodzaj pytań. Przy pytaniach dosłownych — „co autor wymienił”, „jaka padła data” — słuchanie i czytanie szły łeb w łeb. A przy pytaniach, które wymagają wnioskowania, czytanie wysuwało się przed audio.

Warunek naukiWielkość efektu (Hedges g)Co wypada lepiej
Tempo narzucone z zewnątrz−0,32słuchanie
Tempo kontrolowane przez ucznia0,13czytanie
Pytania dosłownebliskie 0remis
Pytania wymagające wnioskowaniadodatnieczytanie
Średnia ze wszystkich 46 badań0,07remis
Liczba ujemna w tabeli oznacza przewagę słuchania, dodatnia — przewagę czytania. Najmocniejszy pojedynczy wynik to −0,32 przy tempie narzuconym z zewnątrz.

Tempo i licznik słów

Przeciętny dorosły czyta po polsku jakieś 200–250 słów na minutę. Lektor czyta wolniej — typowe nagranie audio idzie w tempie 150–160 słów na minutę.

I z tej różnicy wychodzi nam prosta arytmetyka. Rozdział na 8000 słów pochłoniemy w jakieś 32 minuty, jeśli czytamy w tempie 250 słów na minutę. Ten sam rozdział jako podcast z notatek, czytany przez lektora w tempie 155 słów na minutę, zajmie nam mniej więcej 51 minut słuchania.

Czyli audio jest wolniejsze przy pierwszym kontakcie z materiałem. Przewagę odzyskuje dopiero wtedy, gdy te 51 minut wpada w czas, którego i tak nie dało się wykorzystać na czytanie — w autobusie, na spacerze, przy zmywaniu.

Część aplikacji pozwala tu przyspieszyć odtwarzanie do 1,5x albo 2x. Przy podwójnej prędkości rozdział z przykładu skraca się do jakichś 25 minut. Tyle że badania nad słuchaniem na podwyższonym tempie pokazują, że powyżej 1,5x rozumienie zaczyna spadać, zwłaszcza przy materiale gęstym od nowych pojęć.

Co się dzieje, gdy słuchasz w autobusie

Zespół anestezjologów z amerykańskiego szpitala uniwersyteckiego sprawdził w 2022 roku, co podcast robi z nauką pod obciążeniem. Rezydenci i studenci uczyli się trzech tematów — reakcji alergicznej, fizjologii wątroby i statystyki — raz z podręcznika, raz z podcastu na siedząco, raz z podcastu na bieżni.

Wynik opisany w „Cureus” trochę autorów zaskoczył. Podcast dał istotnie większy przyrost wiedzy niż czytanie podręcznika, a zapamiętywanie po czasie było równorzędne dla dwóch z trzech tematów. Aktywność sieci uwagi mierzona EEG nie różniła się między warunkami — czyli chodzenie po bieżni jakoś tam słuchaczy nie rozproszyło.

Ten obraz pęka, gdy zadanie poboczne robi się trudniejsze. W badaniach nad podzielną uwagą warunek z wysokim obciążeniem — drugie zadanie, które wymaga myślenia — obniżał trafność rozumienia mowy względem słuchania w spokoju.

Czyli granica przebiega nie przy „słuchaniu w ruchu”, tylko przy „słuchaniu, gdy mózg robi coś jeszcze, co wymaga decyzji”. Spacer mieści się po bezpiecznej stronie. A prowadzenie samochodu w korku albo pisanie maila — już nie.

Dekodowanie to nie to samo co rozumienie

Daniel Willingham, psycholog z University of Virginia, rozbroił spór o „oszukiwanie” jedną analogią. „Porównywanie audiobooka do oszukiwania jest jak spotkanie znajomego w Disneylandzie i powiedzenie: »Przyjechałeś autobusem? Ja przyjechałem własnym samochodem, ty wielki oszuście«” — napisał na swoim blogu naukowym.

A jego argument jest techniczny, nie tylko obrazowy. Czytanie składa się z dwóch warstw: dekodowania liter w słowa i rozumienia sensu. Audio omija tę pierwszą warstwę, ale druga — czyli ta, która tak naprawdę decyduje o nauce — pracuje tak samo, czy słowa wchodzą przez oczy, czy przez uszy.

I dlatego u dorosłych, którzy dekodują automatycznie, sposób podania prawie nie robi różnicy. „Czytanie książki nie jest ani trochę lepsze niż jej słuchanie” — stwierdził Willingham.

U dzieci, które dopiero uczą się czytać, sprawa wygląda inaczej. Dla nich ćwiczenie dekodowania jest właśnie celem, więc jak zastąpimy je słuchaniem, to pomijamy to, czego mają się nauczyć. To taki wyjątek, o którym łatwo zapomnieć, gdy mówimy o nauce dorosłych.

No i jest jeszcze trzecia warstwa, której żadne nagranie do końca nie zastąpi — przetwarzanie, które wymaga zatrzymania i powrotu. Materiał gęsty od wzorów, dowodów matematycznych czy filozoficznych rozróżnień rzadko opanujemy samym słuchaniem. Tu trzeba kartki, ołówka i tego cofania wzroku, którego ucho po prostu nie umie.

Gdzie audio realnie zyskuje przewagę

Powtórka to ten moment, w którym kanał słuchowy przestaje być gorszym zamiennikiem. Materiał raz przeczytany i zrozumiany nie wymaga już dekodowania uwagą — wymaga kontaktu, najlepiej wielokrotnego, rozłożonego w czasie.

Tu działa efekt, który Hermann Ebbinghaus opisał już w XIX wieku jako krzywą zapominania, a Henry Roediger i Jeffrey Karpicke potwierdzili w 2008 roku eksperymentami nad przypominaniem. Wiedza utrzymuje się, gdy wraca do nas w odstępach. I trzecie czy czwarte przejście przez rozdział nie musi być czytaniem — może być słuchaniem w drodze do szkoły.

W tej roli podcast z notatek nadaje się znakomicie, bo zamienia bierny czas w kontakt z materiałem. Niemiecki zespół wykazał w randomizowanym badaniu z 2016 roku, że podcasty dały studentom większy przyrost wiedzy niż nauka z samego tekstu — przy materiale, do którego wracali kilka razy.

Narzędzi do takiej zamiany jest dziś w sumie sporo. Część platform podcastowych ma gotowe serie edukacyjne, a aplikacje pokroju Anki czy Quizlet trzymają warstwę powtórek na fiszkach. Polska aplikacja Snapo idzie krok dalej i robi podcast z notatek bezpośrednio ze zdjęcia zeszytu — do 50 tysięcy znaków, czyli jakieś 56 minut słuchowiska polskim głosem, obok kilkunastu innych form tego samego materiału.

Warto przy tym pamiętać, czego audio nam nie załatwi. Pierwsze zetknięcie z trudnym, niezrozumianym jeszcze tematem prawie zawsze wypada lepiej z tekstem, do którego można wrócić wzrokiem. Snapo, Anki czy Quizlet skracają drogę do powtórki, ale nie zastąpią tej roboty, którą trzeba odwalić kartką i ołówkiem przy materiale, który dopiero trzeba pojąć.

Czyli najpierw zrozumienie — najlepiej z tekstu, we własnym tempie, z możliwością cofnięcia wzroku. A potem utrwalanie — i tu podcast z notatek nadrabia każdą minutę, którą inaczej zjadłby nam autobus. Clinton-Lisell zostawiła na to twardą liczbę: g = 0,07. Średnio rzecz biorąc ucho i oko remisują, a o wyniku decyduje to, na którym etapie nauki je włączymy.

MS
Marcin Sobiech
Redaktor naczelny · Snapo

Marcin uczył biologii w warszawskim XII LO przez 7 lat, zanim dołączył do Snapo. Ma magisterium z neurobiologii (UW) i certyfikat metody Cornell. Pisze o tym, jak naprawdę działa nauka — bez ezoteryki, „typów wzrokowca" i „motywacji". Codziennie. Wypija 4 kawy. Czyta 2 książki tygodniowo (notatki w Snapo, oczywiście).